środa, 14 marca 2018

Kodowanie na ścianie – czyli jak nie udało się wspiąć na K2 ekipie narodowej, a nam tak.

Każdy ma swój Everest. To stwierdzenie powinno przyświecać chyba każdemu człowiekowi. Pomysł na zorganizowanie zajęć z kodowania na ściance wspinaczkowej chodził mi po głowie od dawna. Wspinaczka jest jedną z moich pasji i staram się zarażać nią wszystkich, począwszy od własnej rodziny, a  na założeniu sekcji wspinaczkowej skończywszy. Nie będę się skupiać na zaletach, jakie przynosi ten sport, ale na tym jak połączyć wspinaczkę z kodowaniem. 

Na początku pojawiało się sporo wątpliwości, no bo jak - zaraz pojawi się fala hejtu, co on znowu wymyślił, dzieci trzeba wozić i po nie przyjeżdżać, zamiast się uczyć, to się bawią i to jeszcze jest bardzo niebezpieczne itp., itd.

Jednak w miarę zastanawiania się, jak mają wyglądać te zajęcia, powoli wszystko układało się w całość. Każdy kto choć raz widział zawodników-wspinaczy stojących pod ścianką, zauważył, że dokładnie oglądają „drogę” i machają kończynami, tak jakby wspinali się na sucho. Może to dziwnie wygląda, ale oni planują przejście swojej „drogi” i starają się ją zakodować w głowie. Często jest tak że trudniejsze trasy potrzebują specjalnego tricku, algorytmu na ich przejście. Jeżeli ktoś go nie zna, to sobie powisi i się pomęczy :)

My zaczęliśmy u podnóża naszej góry K2 i planowaliśmy przejście na szczyt, omijając po drodze wszelkie trudności. Tutaj naszym K2 była mata z zaznaczonym Startem i szczytem - Stop. Ponieważ grupa 7 uczniów jest niewielka to planowanie trasy odbywało się wspólnie i już na początku można było zauważyć pewne spory, którędy iść. W trakcie dyskusji, wyłonił się lider – kierownik wyprawy, który zatwierdzał trasę. Ekipa miała ograniczoną liczbę klocków do zaprojektowania trasy. I tu wyszło na jaw całe nasze planowanie i kodowanie przejścia. Jak to zrobić, żeby starczyło czasu, miejsca i sprzętu. Na szczęście udało się :)

Teraz przyszła pora na wprowadzenie planów w czyny i kierownik wyprawy wraz ze swoją ekipą instruowała mnie jak mam się wspinać, aby osiągnąć szczyt po określonej trasie. A że była zadymka śnieżna i nic nie widziałem, więc wspinałem się po omacku, polegając tylko na instrukcjach podawanych z bazy. Udało się :)

Jak się domyślamy, teraz każdy chciał to powtórzyć i po rozgrzewce zaczęła się wspinaczka, czyli połączenie teorii z praktyką. Wszyscy uczestnicy byli pierwszy raz na takich zajęciach. Dlatego pojawiły się okrzyki radości, strachu a nawet łzy przerażenia. Jednak chęć przełamania własnych słabości brała górę i wszyscy odważyli się spróbować. Tym samym wracamy do początku, jednym było mało i za nisko, a kolejni byli szczęśliwi, że udało się im zdobyć 2-3m wysokości.

Organizmy dotlenione, więc po szybkiej zmianie lokalu i podziale na grupy przystąpiliśmy do rozwiązywania łamigłówek na tabletach. Tym razem przyszła kolej na Bit By Bit. Czas szybko mijał i ciężko było oderwać zespoły od zapalonej pracy. Nagroda ciekawa, jeszcze nikt nie próbował. Ekstremalna huśtawka na linach.


Widownia w postaci rodziców zgodnie stwierdziła, że super pomysł i trzeba to powtórzyć. Może kiedyś :) Fajnie zobaczyć zadowolone miny dzieci i usłyszeć od nich, że tyle się działo. Generalnie to ciekawy pomysł, trzeba go dopracować na przyszłość i wzbogacić o dokładną otoczkę i ćwiczenia takie, żeby wszystko było w jednym klimacie. Polecam innowacje i wychodzenie na zewnątrz sali. Wybicie z monotonii zaowocuje zawsze tym, że uczestnicy zajęć zapamiętają więcej, bo dojdzie element zaskoczenia. Zawsze to coś innego, a tym samym ciekawszego dla dzieci :)

Autor: Grzegorz Ciepielewski, nauczyciel informatyki, techniki oraz przyrody w Szkole Podstawowej im. Wincentego Witosa w Kietlinie, trener Mistrzów Kodowania


Share:

0 komentarze:

Prześlij komentarz